Wyprawa Węgry

Niedziela 26.08.2007

Zakończenie zlotu w Zdyni to dla nas początek wyprawy. Zaczynamy od pozbierania namiotów, spakowania motocykli i tym podobnych „przyjemności” kończących każdy zlot. Około 11.30 po pożegnaniu z kolegami wyruszamy na granicę. Po bezproblemowej odprawie obieramy kierunek na Miszkolc, a potem Hajduszoboszlo. Po drodze przekraczamy granicę węgierską. Kraj papryki i gulaszu wita nas piękną pogodą i jeszcze lepszymi drogami. Autostradami dojeżdżamy do naszego celu około 15.30. Dzisiejszy dzienny przebieg to lajtowe 290 km. W poszukiwaniu jakiegoś miejsca zamieszkania zjeżdżamy na camping. Oferują nam domek za 2500 forintów od osoby. Decydujemy przejechać się jeszcze trochę w poszukiwaniu jakiejś mety. Kiedy wolno krążymy po osiedlu, podjeżdża do nas postawny facet na skuterku, krzycząc „rooms, zimmer, szoba?” Kiedy przytakujemy, macha ręką, mówi „follow me” i rusza. Zgodnie z instrukcją jedziemy za nim. Pokazuje nam pokój, i po krótkich negocjacjach ustalamy cenę za noc na 7000 forintów (112 złotych) na trzy osoby. Po szybkim rozpakowaniu się ruszamy na miasto. Najpierw robimy mały rekonesans na terenie kompleksu basenów termalnych, który jest tu główną atrakcją. Jako że jest już po 17, a baseny zamykają o 19, udaje nam się wślizgnąć bez biletów. Obiekt robi ogromne wrażenie – na pięciu hektarach znajduje się kilkanaście basenów na wolnym powietrzu plus trzy kryte i kolejne cztery odgrodzone od reszty. Na dokładniejsze przyjrzenie się wszystkiemu i kąpiele czas przyjdzie jutro. Miasteczko to właściwie jeden deptak wokół którego znajdują się hotele, a wieczorami rozstawiają się straganiarze i muzycy. Po powrocie na kwaterę poznajemy bardzo sympatycznych Polaków mieszkających w pokoju obok. Zasiadamy z nimi na tarasie i rozpoczynamy „nocne Polaków rozmowy”, które potrwały do drugiej w nocy.

 

 

Poniedziałek 27.08.2007

Wczesna pobudka, śniadanko i wyruszamy na podbój basenów. Kupujemy całodniowe bilety za 1100 forintów (17 złotych). Pierwszy dylemat – od czego zacząć? Wybieramy najbliższy basen – woda o temperaturze 36°C. Siedzi się w nim bardzo przyjemnie, ale aby wytrzymać dłużej niż 45 minut bez przerwy trzeba być prawdziwym kozakiem. W tym samym basenie zainstalowany jest także hydromasaż włączany co pół godziny. Kiedy decydujemy się na zmianę zbiornika, z głośników pada ogłoszenie że za 10 minut rozpoczną się sztuczne fale. Jest to chyba najbardziej oblegana atrakcja na całym obszarze ośrodka. Wejście do basenu to piekło – rozgrzani zanurzamy się w wodzie o temperaturze 21°C. Ruszamy na najgłębszą wodę – 2,20 m. Po chwili oczekiwania zaczyna bić dzwon i rozpoczynają się fale. Spodziewaliśmy się raczej czegoś lajtowego, ale okazało się że nie jest to rozrywka dla emerytów – aby utrzymać się na powierzchni trzeba nieźle pracować. Po zakończeniu dziesięciominutowego cyklu wychodzimy z wody. Idziemy do kolejnego basenu – tym razem zupełnie zwyczajnego - 25°C i średnio głęboka woda. Po jakichś 30 minutach wychodzimy i idziemy się trochę przejść. Po drodze jemy obiad – oczywiście gulasz. Wchodzimy na teren krytych basenów – korzystamy z każdego z nich - 34°C, 36°C i 38°C. Nasz basenowy rajd kończymy około 18.00. Po drodze do wyjścia widzimy faceta karmiącego ryby chlebem. Podchodzimy i przyglądamy się karpiom wielkości ludzkiego przedramienia. Wieczorem znów ruszamy do miasta. Tym razem zapuszczamy się dalej i znajdujemy kolejne warte uwagi miejsca. Pierwsze z nich to muzeum dzwonów na otwartym powietrzu. Znajduje się w nim ponad dwadzieścia dzwonów. Największe są wielkości człowieka. Nikt nie pilnuje tego miejsca, bo właściwie po co – kto zdoła uszkodzić lub ukraść ważące od kilku do kilkunastu ton żeliwne eksponaty? W pobliżu muzeum znajduje się też sympatyczny, zadbany park. Według planu, jutro rano mieliśmy się spakować i wyruszyć nad Balaton, jednak od spotkanych tutaj Polaków często słyszeliśmy, że to strata czasu, bo jezioro jest płytkie, zimne i bardzo zanieczyszczone. Wieczorem zapadła decyzja, że zostajemy w Hajduszoboszlo jeszcze jeden dzień.

 

Wtorek 28.08.2007

W związku z wieczorną decyzją zostaliśmy na miejscu. Po śniadaniu wyruszyliśmy znów na „basenowy rajd”. Wieczorem częściowo spakowaliśmy swoje rzeczy, i wyruszyliśmy na miasto, czego skutkiem jest zdjęcie Runnersowego strusia.

 

Środa 29.08.2007

Po wczesnej pobudce, pakowaniu, śniadaniu i pożegnaniu z gospodarzem nareszcie wyruszamy – kierunek Budapeszt. Pogoda nie jest już tak dobra jak do tej pory, ale jedzie się przyjemnie. Bez problemów dojeżdżamy do miasta. Próbujemy przebić się do centrum – pomaga nam w tym spotkany na skrzyżowaniu motocyklista – dzięki jego wskazówkom wreszcie osiągamy cel. Gorzej jest z miejscem parkingowym, ale i z tym udaje nam się uporać. Decydujemy się na trzygodzinny pakiet „must see” w centrum Budapesztu – bazylika św. Stefana i Parlament plus przechadzka wzdłuż Dunaju i licznych uliczek otoczonych starymi kamienicami. Szczególnie warto odwiedzić barokową bazylikę, którą można wręcz nazwać „Watykanem na mniejszą skalę”. Gdy nasz zaplanowany czas dobiega końca, wyruszamy dalej, do Bratysławy, aby zakończyć podróż przed zmrokiem. Podczas przejazdu przez granicę celnik zajęty rozmową telefoniczną nie sprawdza nawet paszportów. Do Bratysławy wjeżdżamy w lekkim deszczu. Nasze lokum znajduje się na drugim końcu miasta, więc przy okazji mamy wieczorną przejażdżkę krajoznawczą. W Bratysławie zaklepaliśmy sobie nocleg u rodzinki. Motocykle zostawiamy pod opieką stróża nocnego w pobliskich zakładach optycznych. Po szybkiej kolacji i kąpieli padamy zmożeni snem.

 

Czwartek 30.08.2007

Wielki dzień – powrót do domu. Założenie jest ambitne - ponad 740 kilometrów w jeden dzień. Wstajemy o 6.00 rano – musimy odebrać motocykle przed końcem zmiany naszego stróża. Bardzo szybkie śniadanie, pożegnania i o 8.00 jesteśmy już na autostradzie za Bratysławą. Kilometry na autostradach szybko mijają – widoki i sama jazda są jednak bardzo monotonne. Do polskiej granicy wszystko idzie bardzo płynnie – schody zaczynają się potem. Po stanie dróg poznajemy że to już „Meksyk Europy”. Powoli daje o sobie znać także zmęczenie. Po drodze robimy sobie postój w Częstochowie. Po króciutkiej wizycie na Jasnej Górze ruszamy dalej. Coraz częściej robimy postoje. W międzyczasie jemy obiad. Do Sierpca dojeżdżamy ok. 21.30. Jesteśmy mniej zmęczeni, niż wynikałoby to z przebiegu. To głównie zasługa doskonałych dróg na Węgrzech, w Czechach i Słowacji. Jeszcze tylko krótkie pożegnanie i każdy jedzie w swoją stronę. Podsumowując, trzeba powiedzieć że Węgry to świetne miejsce na spędzenie wakacji. Ceny w sklepach są porównywalne do polskich, ale już np. kwatery są sporo tańsze niż nad polskim morzem. Dodatkowo mamy zagwarantowaną pogodę, a ciepłe źródła są ciepłe niezależnie od temperatury na zewnątrz. Wielkim zaskoczeniem jest stan dróg i gęstość sieci autostrad. Są one na poziomie porównywalnym do naszych zachodnich sąsiadów. Aby zwiedzić Budapeszt, trzeba przeznaczyć co najmniej dzień. Jest jeszcze wiele miejsc godnych odwiedzenia, na które zabrakło nam czasu. Jeśli warunki pozwolą, chętnie wrócimy do kraju nad Balatonem, aby zwiedzić więcej i poznać go jak najlepiej.

 

Galeria zdjęć

 

Informacja na temat plików cookies
Tak jak większość stron, używamy cookies, aby lepiej odpowiadać na Twoje oczekiwania w użytkowaniu serwisu (cookies to małe pliki tekstowe, które zapamiętują sposób, w jaki korzystałeś z naszej strony, a nie ciasteczka…). Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Kliknij [ Zgadzam się ] , aby ta informacja nie pojawiała się więcej.